CoDziennik #10
Szczerze powiedziawszy kompletnie nie pamiętam całego ranka i całej nocy, pamiętam tylko to jak nie mogłam zasnąć i jak co chwilę się budziłam w nocy i zasypiałam z powrotem. Rano jadłam śniadanie i gadałam z mamą zanim poszła do pracy. Tutaj film się urywa bo od momentu, w którym mama wyszła zaczęłam się ogarniać i kompletnie nie pamiętam co pomiędzy tym robiłam... Cóż starość moi drodzy. :D
Gdy skończyłam się szykować napisałam do Blume bo osoba, z którą miałyśmy się spotkać zrezygnowała z wyjścia i zostałyśmy same. Ustaliłyśmy, że spotkamy się po obiedzie i w tym czasie zadzwonił do mnie mój przyjaciel, z którym przegadałam dobrą godzinę. Rozmowę przerwała nagła wizyta cioci, która zaprosiła nas (mnie i moją mamę) na nadchodzącą niedzielną imprezkę z ogniskiem. Chciała też żebym pojechała z nią do mojego kuzyna, ale odmówiłam bo byłam już umówiona. Przebrałam się w sukienkę bo było mi strasznie gorąco i wyszłam na spotkanie z Blume. Poszłyśmy do McDonalda na truskawkowe (szejki? shake? shekei? o mój Boże...) i kupiłyśmy jeszcze frytki łódeczki (czytaj: kajaki lub promy) z sosem śmietanowym. Pogadałyśmy chwilę i zajęłyśmy naszą ostatnią miejscówkę w rogu sali. Kompletnie nie wiedziałyśmy co robić dalej i z nudów Blume zaczęła wrzucać papierki do tego truskawkowego (no wiecie...shake'a) a ja poszłam w jej ślady. Swoją drogą ja jako najszczęśliwszy człowiek na świecie dostałam mieszankę 3 różnych smaków zamiast normalnej truskawki i to było okropne. Gdy wyszłyśmy był taki upał, że ciężko było iść i przez całą drogę zastanawiałyśmy się co robić dalej, aż przypomniałyśmy sobie o zbliżających się urodzinach brata Blume i o torcie, na którego nie było składników, a jedyny dzień na zrobienie tortu to niehandlowa niedziela. Poszłyśmy więc do domu Oliwi żeby zrobić listę składników i obgadać temat wyglądowy tortu. W ostateczności poszłyśmy do Kauflandu i kupiłyśmy większość potrzebnych składników bo nie wszystko udało nam się tam znaleźć. W pewnym momencie zrobiło mi się tak słabo, że dosłownie czułam jakbym miała zemdleć, dlatego po wyjściu ze sklepu rozeszłyśmy się do domów i przez najbliższą godzinę leżałam z nogami w górze i oglądałam serial z nadzieja, że odzyskam równowagę i siły.
Gdy poczułam się odrobinę lepiej doszłam do wniosku, że nie mogę tak zmarnować tego dnia i poszłam do pokoju po gitarę. Niestety okazało się, że to jeden z tych dni kiedy nic nie wychodzi i granie na gitarze zupełnie mi nie szło przez co się zdenerwowałam i dałam sobie z tym spokój. Nie chciałam brać się za malowanie czy pisanie kolejnego rozdziału książki bo wiedziałam, że to też nie pójdzie mi najlepiej. Zupełnie nie miałam co robić i najchętniej przeszłabym się gdzieś na wieczorny spacer, ale wciąż źle się czułam. Na szczęście w telewizji na TVN leciał fajny film ,,Sztuka zrywania,, z moją ulubioną aktorką Jennifer Aniston. Gdy skończyłam oglądać było po 21 i mama wróciła do domu. Przebrałam się w piżamę, zmyłam makijaż (a raczej jego resztki po całym dniu i leżeniu twarzą na poduszce) nałożyłam na twarz krem i umyłam włosy. Podsuszyłam je lekko suszarką i jeszcze mokre związałam w koka z myślą ,,niech się dzieje co chce,, choć i tak będę tego żałować rano kiedy będą przypominały jeden wielki kołtun, którego nikt nie czesał przez 5 lat. Na dobrą sprawę nie będę miała kiedy poprawić fryzury bo o 9 rano mam korepetycje z matematyki i zapewne będę się szykować w biegu. Mimo wszystko zaryzykowałam choć wystarczyło zostawić proste, rozpuszczone włosy, a nóż widelec wyjdzie coś pięknego. Wszyscy w domu już spali więc i ja miałam taki zamiar, jednak kiedy weszłam do pokoju i zapaliłam lampki na ścianie, usłyszałam pukanie w szybę (mieszkam na parterze). Podeszłam do okna i w ciemnościach ujrzałam świecący się telefon i znajome rysy twarzy. Otworzyłam okno i do pokoju wpadł mój przyjaciel Michał. Narobił tyle hałasu, że aż kot przyleciał do pokoju sprawdzić co się dzieje, a mama krzyknęła coś w stylu ,,co ty tam robisz,, więc odpowiedziałam, że wpadłam w szafę i nie mogliśmy wytrzymać ze śmiechu. Siedzieliśmy tak przez kilka minut dusząc śmiech żeby upewnić się, że mama śpi. Kiedy pewne już było, że wszyscy śpią Michał wyciągnął z plecaka butelkę różowego wina i jakieś dziwne czekoladki jak później stwierdziliśmy w kształcie krowy przejechanej przez walec.
Przerwałam na chwilę naszą niezwykle udaną imprezę i dopisałam końcówkę do tego wpisu, gdyż początek miałam już wcześniej bo bałam się, że później nie będę już w stanie napisać nic sensownego. Tak więc wracam do butelki i nie mam pojęcia jak wstanę na jutrzejsze korki. (Dla sprostowania Michał jest gejem) Pozdrawiam cieplutko :*
~Liv
Gdy skończyłam się szykować napisałam do Blume bo osoba, z którą miałyśmy się spotkać zrezygnowała z wyjścia i zostałyśmy same. Ustaliłyśmy, że spotkamy się po obiedzie i w tym czasie zadzwonił do mnie mój przyjaciel, z którym przegadałam dobrą godzinę. Rozmowę przerwała nagła wizyta cioci, która zaprosiła nas (mnie i moją mamę) na nadchodzącą niedzielną imprezkę z ogniskiem. Chciała też żebym pojechała z nią do mojego kuzyna, ale odmówiłam bo byłam już umówiona. Przebrałam się w sukienkę bo było mi strasznie gorąco i wyszłam na spotkanie z Blume. Poszłyśmy do McDonalda na truskawkowe (szejki? shake? shekei? o mój Boże...) i kupiłyśmy jeszcze frytki łódeczki (czytaj: kajaki lub promy) z sosem śmietanowym. Pogadałyśmy chwilę i zajęłyśmy naszą ostatnią miejscówkę w rogu sali. Kompletnie nie wiedziałyśmy co robić dalej i z nudów Blume zaczęła wrzucać papierki do tego truskawkowego (no wiecie...shake'a) a ja poszłam w jej ślady. Swoją drogą ja jako najszczęśliwszy człowiek na świecie dostałam mieszankę 3 różnych smaków zamiast normalnej truskawki i to było okropne. Gdy wyszłyśmy był taki upał, że ciężko było iść i przez całą drogę zastanawiałyśmy się co robić dalej, aż przypomniałyśmy sobie o zbliżających się urodzinach brata Blume i o torcie, na którego nie było składników, a jedyny dzień na zrobienie tortu to niehandlowa niedziela. Poszłyśmy więc do domu Oliwi żeby zrobić listę składników i obgadać temat wyglądowy tortu. W ostateczności poszłyśmy do Kauflandu i kupiłyśmy większość potrzebnych składników bo nie wszystko udało nam się tam znaleźć. W pewnym momencie zrobiło mi się tak słabo, że dosłownie czułam jakbym miała zemdleć, dlatego po wyjściu ze sklepu rozeszłyśmy się do domów i przez najbliższą godzinę leżałam z nogami w górze i oglądałam serial z nadzieja, że odzyskam równowagę i siły.
Gdy poczułam się odrobinę lepiej doszłam do wniosku, że nie mogę tak zmarnować tego dnia i poszłam do pokoju po gitarę. Niestety okazało się, że to jeden z tych dni kiedy nic nie wychodzi i granie na gitarze zupełnie mi nie szło przez co się zdenerwowałam i dałam sobie z tym spokój. Nie chciałam brać się za malowanie czy pisanie kolejnego rozdziału książki bo wiedziałam, że to też nie pójdzie mi najlepiej. Zupełnie nie miałam co robić i najchętniej przeszłabym się gdzieś na wieczorny spacer, ale wciąż źle się czułam. Na szczęście w telewizji na TVN leciał fajny film ,,Sztuka zrywania,, z moją ulubioną aktorką Jennifer Aniston. Gdy skończyłam oglądać było po 21 i mama wróciła do domu. Przebrałam się w piżamę, zmyłam makijaż (a raczej jego resztki po całym dniu i leżeniu twarzą na poduszce) nałożyłam na twarz krem i umyłam włosy. Podsuszyłam je lekko suszarką i jeszcze mokre związałam w koka z myślą ,,niech się dzieje co chce,, choć i tak będę tego żałować rano kiedy będą przypominały jeden wielki kołtun, którego nikt nie czesał przez 5 lat. Na dobrą sprawę nie będę miała kiedy poprawić fryzury bo o 9 rano mam korepetycje z matematyki i zapewne będę się szykować w biegu. Mimo wszystko zaryzykowałam choć wystarczyło zostawić proste, rozpuszczone włosy, a nóż widelec wyjdzie coś pięknego. Wszyscy w domu już spali więc i ja miałam taki zamiar, jednak kiedy weszłam do pokoju i zapaliłam lampki na ścianie, usłyszałam pukanie w szybę (mieszkam na parterze). Podeszłam do okna i w ciemnościach ujrzałam świecący się telefon i znajome rysy twarzy. Otworzyłam okno i do pokoju wpadł mój przyjaciel Michał. Narobił tyle hałasu, że aż kot przyleciał do pokoju sprawdzić co się dzieje, a mama krzyknęła coś w stylu ,,co ty tam robisz,, więc odpowiedziałam, że wpadłam w szafę i nie mogliśmy wytrzymać ze śmiechu. Siedzieliśmy tak przez kilka minut dusząc śmiech żeby upewnić się, że mama śpi. Kiedy pewne już było, że wszyscy śpią Michał wyciągnął z plecaka butelkę różowego wina i jakieś dziwne czekoladki jak później stwierdziliśmy w kształcie krowy przejechanej przez walec.
Przerwałam na chwilę naszą niezwykle udaną imprezę i dopisałam końcówkę do tego wpisu, gdyż początek miałam już wcześniej bo bałam się, że później nie będę już w stanie napisać nic sensownego. Tak więc wracam do butelki i nie mam pojęcia jak wstanę na jutrzejsze korki. (Dla sprostowania Michał jest gejem) Pozdrawiam cieplutko :*
~Liv
Komentarze
Prześlij komentarz