CoDziennik #6
Obudził mnie straszliwy huk, do tej pory nie mam pojęcia co było jego powodem. Później nie mogłam już zasnąć. Spojrzałam na telefon... 4:18? Myślałam, że to żart i już gorzej być nie może. Jednak był to dopiero początek tej koszmarnej pobudki.
Dla zabicia czasu włączyłam telefon z nadzieją, że włączę jakiś filmik czy muzykę i zasnę, jednak okazało się, że z niewyjaśnionych powodów nie mam w domu internetu. Poirytowana zaczęłam szukać mojego drugiego, starego telefonu, ale nigdzie go nie było. Chciałam więc włączyć laptopa i sprawdzić czy działa na nim internet, ale nie chciał się włączyć bo był wyładowany, a ładowarkę zostawiłam w pokoju, w którym spała mama. Nie chciałam jej budzić więc zdenerwowana całą sytuacją położyłam się i patrzyłam w sufit rozmyślając o byle czym co mogłoby zając choć minutę. Czas leciał mi tak wolno jak podczas 3 lekcji matematyki pod rząd, tyle że te 3 lekcje trwałyby nie całe 3 godziny, a ja leżałam dopiero 25 minut.
Leżałam, leżałam i leżałam, a czas jakby stanął w miejscu. Nie wiedziałam już co zrobić, aż w końcu odwróciłam się na bok i zasnęłam.
Gdy obudziłam się kolejny raz była już późna godzina, po całej tej nocy czułam się okropnie i jeszcze przez długi czas nie mogłam wstać z łóżka. Kiedy jakoś się przemogłam do wstania wykonałam masę rutynowych czynności. Umyłam i wysuszyłam włosy, zjadłam śniadanie, umyłam zęby i wzięłam szybki prysznic, przebrałam się i pomalowałam, nakarmiłam i wyczesałam kota, rozwiesiłam pranie i nastawiłam kolejne, zaścieliłam łóżko i wyniosłam pościel na balkon. Zmęczona rozwaliłam się na fotelu, moja nadzieja na jakikolwiek wypoczynek doznała autodestrukcji gdy spojrzałam na ekran telefonu i uświadomiłam sobie, że miałam pójść po mamę do pracy, a już jestem spóźniona. Biegiem poleciałam pod ustalone miejsce, co w upał nie było zbyt mądrym pomysłem, a w ostateczności i tak musiałam czekać dobre 10 minut.
Najpierw poszłyśmy do Croppa, w którym kupiłam koszulę; później do sklepu 50 Style, w którym kupiłam buty. Jak zwykle podczas promocji nie było moich rozmiarów na wszystko co mi się podobało, a jak już znalazłam coś idealnego to kosztowało tyle, że spokojnie można by wyżywić za to piątkę głodnych, ciężko pracujących, Chińskich dzieci jadących cały dzień o misce ryżu... a i tak pewnie one robiły te ubrania. Następnie wybrałyśmy się do kilku sklepów papierniczych i moja artystyczna dusza skrywana bardzo głęboko, zwariowała! Kupiłam nowe pędzle i blok z kartkami do akrylu, płótna i ołówki, nowe farby akrylowe i nawet zaczęłam zastanawiać się nad zakupem sztalugi. Byłam już tak obładowana siatkami, że nie mogłam się ruszyć, a przed nami były jeszcze zakupy związane z jutrzejszymi imieninami babci. Wstąpiłyśmy do kwiaciarni kupić storczyki i nową doniczkę, do sklepów po owoce i składniki na sałatkę i ciasto (taki ala torcik orzechowo, kawowy). Już wyszłyśmy ze sklepu szczęśliwe, że to koniec gdy rozpętała się burza. Wróciłyśmy do domu przemoczone i ledwo żywe, a żeby tego wszystkiego było mało, przez deszcz zniszczyły się moje ukochane buty, sznurowane espadrylki. Do końca dnia nie robiłam już nic ponad to co zaplanowałam, czyli zrobienie tortu i sałatki, posprzątanie pokoju, przygotowanie kilku ważnych spraw i odebranie paczki od kuriera, co swoją drogą jest dość zabawne bo ta firma kurierska pracuje do 18, a było już kilka minut po i kurier zadzwonił do mnie, że to ostatnia z jego paczek i stoi w korku, a następnego dnia jest święto i nie pracuje, więc musiałam iść na główną ulicę i odbierać przesyłkę między jadącymi samochodami.
Ten dzień był tak chaotyczny, że sama już nie wiem czy o czymś nie zapomniałam. Szczerze powiedziawszy ledwo znalazłam czas na napisanie tego CoDziennika, a jest już 23:09 i padam na twarz. Niezależnie od tego kiedy to czytacie życzę Wam dobrego dnia, bądź kolorowych snów i pozdrawiam cieplutko ;*
~Liv
Dla zabicia czasu włączyłam telefon z nadzieją, że włączę jakiś filmik czy muzykę i zasnę, jednak okazało się, że z niewyjaśnionych powodów nie mam w domu internetu. Poirytowana zaczęłam szukać mojego drugiego, starego telefonu, ale nigdzie go nie było. Chciałam więc włączyć laptopa i sprawdzić czy działa na nim internet, ale nie chciał się włączyć bo był wyładowany, a ładowarkę zostawiłam w pokoju, w którym spała mama. Nie chciałam jej budzić więc zdenerwowana całą sytuacją położyłam się i patrzyłam w sufit rozmyślając o byle czym co mogłoby zając choć minutę. Czas leciał mi tak wolno jak podczas 3 lekcji matematyki pod rząd, tyle że te 3 lekcje trwałyby nie całe 3 godziny, a ja leżałam dopiero 25 minut.
Leżałam, leżałam i leżałam, a czas jakby stanął w miejscu. Nie wiedziałam już co zrobić, aż w końcu odwróciłam się na bok i zasnęłam.
Gdy obudziłam się kolejny raz była już późna godzina, po całej tej nocy czułam się okropnie i jeszcze przez długi czas nie mogłam wstać z łóżka. Kiedy jakoś się przemogłam do wstania wykonałam masę rutynowych czynności. Umyłam i wysuszyłam włosy, zjadłam śniadanie, umyłam zęby i wzięłam szybki prysznic, przebrałam się i pomalowałam, nakarmiłam i wyczesałam kota, rozwiesiłam pranie i nastawiłam kolejne, zaścieliłam łóżko i wyniosłam pościel na balkon. Zmęczona rozwaliłam się na fotelu, moja nadzieja na jakikolwiek wypoczynek doznała autodestrukcji gdy spojrzałam na ekran telefonu i uświadomiłam sobie, że miałam pójść po mamę do pracy, a już jestem spóźniona. Biegiem poleciałam pod ustalone miejsce, co w upał nie było zbyt mądrym pomysłem, a w ostateczności i tak musiałam czekać dobre 10 minut.
Najpierw poszłyśmy do Croppa, w którym kupiłam koszulę; później do sklepu 50 Style, w którym kupiłam buty. Jak zwykle podczas promocji nie było moich rozmiarów na wszystko co mi się podobało, a jak już znalazłam coś idealnego to kosztowało tyle, że spokojnie można by wyżywić za to piątkę głodnych, ciężko pracujących, Chińskich dzieci jadących cały dzień o misce ryżu... a i tak pewnie one robiły te ubrania. Następnie wybrałyśmy się do kilku sklepów papierniczych i moja artystyczna dusza skrywana bardzo głęboko, zwariowała! Kupiłam nowe pędzle i blok z kartkami do akrylu, płótna i ołówki, nowe farby akrylowe i nawet zaczęłam zastanawiać się nad zakupem sztalugi. Byłam już tak obładowana siatkami, że nie mogłam się ruszyć, a przed nami były jeszcze zakupy związane z jutrzejszymi imieninami babci. Wstąpiłyśmy do kwiaciarni kupić storczyki i nową doniczkę, do sklepów po owoce i składniki na sałatkę i ciasto (taki ala torcik orzechowo, kawowy). Już wyszłyśmy ze sklepu szczęśliwe, że to koniec gdy rozpętała się burza. Wróciłyśmy do domu przemoczone i ledwo żywe, a żeby tego wszystkiego było mało, przez deszcz zniszczyły się moje ukochane buty, sznurowane espadrylki. Do końca dnia nie robiłam już nic ponad to co zaplanowałam, czyli zrobienie tortu i sałatki, posprzątanie pokoju, przygotowanie kilku ważnych spraw i odebranie paczki od kuriera, co swoją drogą jest dość zabawne bo ta firma kurierska pracuje do 18, a było już kilka minut po i kurier zadzwonił do mnie, że to ostatnia z jego paczek i stoi w korku, a następnego dnia jest święto i nie pracuje, więc musiałam iść na główną ulicę i odbierać przesyłkę między jadącymi samochodami.
Ten dzień był tak chaotyczny, że sama już nie wiem czy o czymś nie zapomniałam. Szczerze powiedziawszy ledwo znalazłam czas na napisanie tego CoDziennika, a jest już 23:09 i padam na twarz. Niezależnie od tego kiedy to czytacie życzę Wam dobrego dnia, bądź kolorowych snów i pozdrawiam cieplutko ;*
~Liv
Komentarze
Prześlij komentarz